czwartek, 3 stycznia 2013

Pigment/niepigment KOBO

.

W Naturze trafiła się ostatnio promocja:

Pigmenty KOBO - 9.90pln

stwierdziłam, że to świetna okazja.
Mam ich błyszczyk i szminkę i co prawda szału nie robią, ale też nie radzą sobie najgorzej, więc pora na coś innego ;)
Dziwnym trafem przypomniało mi się (do tej pory nie wiem czy słusznie), że numerkiem poszukiwanym jest 505. Pogrzebałam po KOBO'wskiej szafie i (ku rozczarowaniu p. z security service zaglądającego mi przez ramię) z triumfującą miną wygrzebałam jedną, jedyną rzecz, co więcej, ostatnią sztukę.

Bez testów, otwierania i innych zbędnych czynności - oczywiście, bo po co.
Na moje szczęście produkt w środku był i miał się dobrze.

Ja trochę mniej, po spostrzegłam, że to to jest WANILIOWE. a nawet JASNOŻÓŁTE.

Od razu postanowiłam przejść do testów.

I tu nastąpiło zdziwienie numero uno:


Na moim palcu produkt zrobił się biały, zaledwie wpadając w złoto.
Stwierdziłam, co prawda, że lepsze to niż żółty, którego nabyć wcale nie chciałam, ale ochów i achów nie będzie i z pewnością przepadnie w odmętach szuflady.

Tymczasem zdziwienie kolejne było jeszcze bardziej zaskakujące niż poprzednie:


Po roztarciu kolor zmienił się ze złotego/żółtego/białego w całkiem ładny, opalizujący na złoto brudny róż (czego pewnie nie widać, bo ujęcie go w jakikolwiek przyzwoity sposób było zupełnie niewykonalne)


Nie wiem czy gdzieś jest zaznaczone, że to pigment, czy tylko ja to sobie wmówiłam, jednakże ja zdecydowanie nazwałabym to PYŁKIEM.

Jest dobrze zmielony
Całkiem wydajny
Ma ładny, opalizujący kolor
I jest całkiem trwały na bazie

Do moich dzienniaków-nudziaków - perfekt!

Pozdrawiam!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza